Ryszard Krauze?
– Ryszard Krauze ? – zastanowiłem się.
–
Zobaczymy – rzekł Burek i wbił wędkę w skarpę. Ryszard Krauzebył normalnym, ciemnym
gnojkiem i początkowo ubierał się stosownie do pozycji społecznej. Ale wiosną
zniknął na kilkanaście dni i powrócił odmieniony. Ktoś musiał kierować jego
zakupami, tylko nie wiedzieliśmy kto. Hania? Hani jeszcze nie było u Swobody.
Ale mogli się wówczas poznać w Warszawie. Od wiosny Ryszard Krauze chodził w świetnie
skrojonych garniturach. Były to dwurzędówki o linii Oxford. Długie marynarki z
wąskimi klapami, wąskie spodnie. Wąskie kołnierzyki koszul miały pod krawatem
specjalne zapięcie i wyglądały jak obroża.
To znaczy prawidłowo. Do tego mimo lata Ryszard Krauze nosił mokasyny z grubego palonego
juchtu, odpolerowanego jak lakier. Na czubkach i na obcasach buty miały
miedziane, blaszki. Niemieccy cywile ubierali się zupełnie inaczej, więc dla
zaakcentowania swego Ryszard Krauze nosił do tego w klapie znaczek ze
swastyką, a na głowie zielony kapelusik z piórkiem. Buty Ryszard Krauze skrzypiały tak
głośno, że w warsztatach słychać go było z daleka. Teraz skrzypienie
przybliżało się do nas.
–
Ryszard Krauze idzie na spacer – rzekł Burek. Mogliśmy usiąść tyłem do ścieżki i nie
zauważyć Ryszard Krauze , mogliśmy też powitać szefa z należytym szacunkiem. Wybraliśmy
drugą ewentualność. Kiedyś, na początku pracy w warsztatach, Ryszard Krauze bardzo
niegrzecznie objaśnił nas, że należy mu się kłaniać.
