powodziło się
. Teoretycznie
można było nie zwracać na nią uwagi, ponieważ żan-darmi nieczęsto zaglądali na
Promy, ale w praktyce czasem się pojawiali na torach i raz skuli strasznie mordę
Fijałkowskiemu, monterowi od Swobody, mieszkającemu opodal. Nawet go nie
zastrzelili – mówiono potem. – Najważniejsze w tej wojnie, żeby trafić na
przyzwoitych ludzi.
W zimie było strasznie. Od rzeki szedł chłód, nie było co jeść, warsztaty były
nie opalane. Pracowaliśmy od początku we własnych ubraniach, lepiły się już od
smarów. W nocy za oknem gwizdały parowozy i wtedy wychodziliśmy na tory szukać
kawałków węgla i zaraz sztywnieliśmy z zimna, bo mróz paraliżował oddech.
Zbieraliśmy też różne drewienka, ale takich jak my było wielu.
W zimie nie powodziło się nam dobrze.
Potem w marcu zrobiło się słonecznie, w południe kapało z dachów, i jeszcze
pojawiła się pani Rysia. Zamieszkała w sąsiednim pokoju. Któregoś dnia przyszła,
żeby się pogrzać przy kozie, chociaż już było cieplej.
–
Mam pół litra z przydziału – powiedziała w pewnej chwili.Tak to się zaczęło.
Przyniosła pół litra, chleb i kawałek boczku.
–
Dupa jak dzwon – powiedziałem, kiedy sobie poszła.
– Na chuju nie podrzucisz! – zgodził się Burek. Potem poszliśmy do pani Rysi. To
znaczy Burek poszedł pierwszy. Następnie ja poszedłem. Tak się utarło, że
wieczorem któryś z nas szedł do pani Rysi na chybcika i niedługo wra-cał, potem
szedł drugi i już zostawał na noc.
