Jakie sumy?
Mówiliśmy o niej z Burkiem „pani Rysia”. Pewnie po to, żeby się zdystansować
jakoś do całej sprawy. Pani Rysia była starsza od nas o dwa lata. Miała
trzydzieści sześć lat. My z Burkiem mieliśmy trzydzieści cztery. Razem. Mimo to
chyba pani Rysia reprezentowała w naszym kolektywie naiwność. W sumie było nam z
nią dobrze, nawet gospodarowaliśmy na spółkę. Prócz tego potrafiła wyprać
koszule i wyprasować. Od niedawna mieliśmy nowe ubrania z granatowego drelichu.
Niby robocze, ale chodziliśmy w nich od wielkiego dzwonu. Na ławeczce w parku,
miejskim wyglądaliśmy na czeladników ślusarskich, których szef po-słał po
papierosy i którym nie śpieszy się z powrotem. Było to bliskie prawdy.
Nadal nie znaliśmy w tym mieście nikogo, chociaż minęło tyle miesięcy, prawie
rok. W zimie poznaliśmy panią Kawecką. Zrzuciliśmy jej węgiel do piwnicy i
mieliśmy dzięki niej bardzo przyjemny wieczór. Wycofano wtedy stuzłotówki z
obiegu i wszyscy kombinowali, jak je zmienić na stemplowane. My nie, bo mieliśmy
pieniądze w bilonie, ale wiele osób to stuknęło. Pani Kawecka poinformowała nas,
że jeden Żyd ma do wymiany milion złotych w stówach. Chce je wymienić po
osiemdziesiąt za sto. Nazajutrz monter Hulka powiedział, że jego kolega w banku
wymienia dziewięćdziesiąt dwa za sto.
–
Jakie sumy? – spytaliśmy.
–
Każdą sumę – rzekł monter Hulka. – Mogą być miliony.
Umówiliśmy się zaraz z panią Kawecką, że Żyd z milionem przyjdzie do nas o
szóstej i przyniesie pieniądze. Interes wydawał się dobry i pewny. Niestety Żyd
z milionem nie przy-szedł.
