Bolczo
Jestem wasz direktor – powiedział. – Potrzeba mnie mówić dżen dobri. Każdy
Niemiec trzeba sze kłaniać, wy szajskerle! My są Herrenvolk.
Teraz mieliśmy skromną okazję do rewanżu, bo oprócz skrzypienia Bolczowych butów
dochodziły nas odgłosy rozmowy. Ustawiliśmy się frontem do ścieżki, ciekawi, czy
Bolczo idzie z Fräulein Hanią i w nadziei, że go wprawimy w zakłopotanie.
Jakoż po chwili ukazała się Fräulein Hania i tuż za nią Bolczo z pledem na
ramieniu. Szli gęsiego, bo ścieżka była wąska.
– Dzień dobry, panno Haniu, dzień dobry, panie dyrektorze – wyrecytowaliśmy
chórem.
Hania skinęła głową, Bolczo nie. Położył Hani rękę na łopatce, jakby ją chciał
przyśpie-szyć, a ona wtedy zrobiła szybki krok naprzód i ręka Bolcza pozostała w
powietrzu. Zniknęli znowu w krzakach, a my siedliśmy jak poprzednio, ciekawi
dalszego rozwoju wypadków. Ścieżka wychodziła z krzaków o paręset metrów od nas,
koło hałdy piasku, gdzie brzeg był dobry do kąpieli. Mogli tam wyjść i ulokować
się na brzegu i nawet wykąpać się. Chętnie widzielibyśmy Fräulein Hanię w
kostiumie kąpielowym i nie kryliśmy tego przed sobą. Ale mogli w ogóle ze
ścieżki nie wyjść, tylko wbić się gdzieś w krzaki. Było to mało prawdopo-dobne,
bo oboje musieli gdzieś mieszkać i trudno było o powód, żeby się kryli w
krzakach, ale teoretycznie taka ewentualność istniała. Wreszcie mogli pójść
dalej, ku kępie drzew i krzaków poniżej hałdy piasku.
