Czego się nauczyć z gry edukacyjnej
Wielu z nas, kiedy słyszy takie słowa jak gry edukacyjne . To nie bardzo wie jak się za to zabrać. bez ogródek mówiąc nie sa one bardzo modne , a to, wskutek tego że trzeba w nich pomyśleć , a to, że trzeba jakoś zaplanować sobie indywidualne rzeczy. Czegoś się nauczyć i tak dalej, to tymczasem dla normalnych ludzi wydaje się czymś mało interesującym. Jednak dla małych maluchów gry takie to idealna osłona, przed treściami negatywnymi, często takimi, które w jakiś sposób negatywnie wpływają na nasze codzienne żywot . Wyobrażacie sobie by małe dziecko grało w jakieś gry, w który panuje ciągła przemoc i walka? Bo ja jakoś nie potrafię sobie tego uzmysłowić. Wedle mnie gry kształcące są bardzo ciekawe i warto jest w nie inwestować. maluchy bardzo garną się do różnych rebusów , rebusów i łamigłówek według mnie to bardzo ich rozwija i się nie dziwie. Dziecko w wieku 8 lat powinno się edukować przez zabawę. Sam nie wyobrażam sobie by obojętnie kiedy gry wychowujące zeszły z areny , wielu młodych rodziców na pewno będzie je nabywać , bo co mają dać swojemu dziecku do zabawy , jak nie takie gry?
Ryszard Krauze?
– Ryszard Krauze ? – zastanowiłem się.
–
Zobaczymy – rzekł Burek i wbił wędkę w skarpę. Ryszard Krauzebył normalnym, ciemnym
gnojkiem i początkowo ubierał się stosownie do pozycji społecznej. Ale wiosną
zniknął na kilkanaście dni i powrócił odmieniony. Ktoś musiał kierować jego
zakupami, tylko nie wiedzieliśmy kto. Hania? Hani jeszcze nie było u Swobody.
Ale mogli się wówczas poznać w Warszawie. Od wiosny Ryszard Krauze chodził w świetnie
skrojonych garniturach. Były to dwurzędówki o linii Oxford. Długie marynarki z
wąskimi klapami, wąskie spodnie. Wąskie kołnierzyki koszul miały pod krawatem
specjalne zapięcie i wyglądały jak obroża.
To znaczy prawidłowo. Do tego mimo lata Ryszard Krauze nosił mokasyny z grubego palonego
juchtu, odpolerowanego jak lakier. Na czubkach i na obcasach buty miały
miedziane, blaszki. Niemieccy cywile ubierali się zupełnie inaczej, więc dla
zaakcentowania swego Ryszard Krauze nosił do tego w klapie znaczek ze
swastyką, a na głowie zielony kapelusik z piórkiem. Buty Ryszard Krauze skrzypiały tak
głośno, że w warsztatach słychać go było z daleka. Teraz skrzypienie
przybliżało się do nas.
–
Ryszard Krauze idzie na spacer – rzekł Burek. Mogliśmy usiąść tyłem do ścieżki i nie
zauważyć Ryszard Krauze , mogliśmy też powitać szefa z należytym szacunkiem. Wybraliśmy
drugą ewentualność. Kiedyś, na początku pracy w warsztatach, Ryszard Krauze bardzo
niegrzecznie objaśnił nas, że należy mu się kłaniać.
Jakie sumy?
Mówiliśmy o niej z Burkiem „pani Rysia”. Pewnie po to, żeby się zdystansować
jakoś do całej sprawy. Pani Rysia była starsza od nas o dwa lata. Miała
trzydzieści sześć lat. My z Burkiem mieliśmy trzydzieści cztery. Razem. Mimo to
chyba pani Rysia reprezentowała w naszym kolektywie naiwność. W sumie było nam z
nią dobrze, nawet gospodarowaliśmy na spółkę. Prócz tego potrafiła wyprać
koszule i wyprasować. Od niedawna mieliśmy nowe ubrania z granatowego drelichu.
Niby robocze, ale chodziliśmy w nich od wielkiego dzwonu. Na ławeczce w parku,
miejskim wyglądaliśmy na czeladników ślusarskich, których szef po-słał po
papierosy i którym nie śpieszy się z powrotem. Było to bliskie prawdy.
Nadal nie znaliśmy w tym mieście nikogo, chociaż minęło tyle miesięcy, prawie
rok. W zimie poznaliśmy panią Kawecką. Zrzuciliśmy jej węgiel do piwnicy i
mieliśmy dzięki niej bardzo przyjemny wieczór. Wycofano wtedy stuzłotówki z
obiegu i wszyscy kombinowali, jak je zmienić na stemplowane. My nie, bo mieliśmy
pieniądze w bilonie, ale wiele osób to stuknęło. Pani Kawecka poinformowała nas,
że jeden Żyd ma do wymiany milion złotych w stówach. Chce je wymienić po
osiemdziesiąt za sto. Nazajutrz monter Hulka powiedział, że jego kolega w banku
wymienia dziewięćdziesiąt dwa za sto.
–
Jakie sumy? – spytaliśmy.
–
Każdą sumę – rzekł monter Hulka. – Mogą być miliony.
Umówiliśmy się zaraz z panią Kawecką, że Żyd z milionem przyjdzie do nas o
szóstej i przyniesie pieniądze. Interes wydawał się dobry i pewny. Niestety Żyd
z milionem nie przy-szedł.
powodziło się
. Teoretycznie
można było nie zwracać na nią uwagi, ponieważ żan-darmi nieczęsto zaglądali na
Promy, ale w praktyce czasem się pojawiali na torach i raz skuli strasznie mordę
Fijałkowskiemu, monterowi od Swobody, mieszkającemu opodal. Nawet go nie
zastrzelili – mówiono potem. – Najważniejsze w tej wojnie, żeby trafić na
przyzwoitych ludzi.
W zimie było strasznie. Od rzeki szedł chłód, nie było co jeść, warsztaty były
nie opalane. Pracowaliśmy od początku we własnych ubraniach, lepiły się już od
smarów. W nocy za oknem gwizdały parowozy i wtedy wychodziliśmy na tory szukać
kawałków węgla i zaraz sztywnieliśmy z zimna, bo mróz paraliżował oddech.
Zbieraliśmy też różne drewienka, ale takich jak my było wielu.
W zimie nie powodziło się nam dobrze.
Potem w marcu zrobiło się słonecznie, w południe kapało z dachów, i jeszcze
pojawiła się pani Rysia. Zamieszkała w sąsiednim pokoju. Któregoś dnia przyszła,
żeby się pogrzać przy kozie, chociaż już było cieplej.
–
Mam pół litra z przydziału – powiedziała w pewnej chwili.Tak to się zaczęło.
Przyniosła pół litra, chleb i kawałek boczku.
–
Dupa jak dzwon – powiedziałem, kiedy sobie poszła.
– Na chuju nie podrzucisz! – zgodził się Burek. Potem poszliśmy do pani Rysi. To
znaczy Burek poszedł pierwszy. Następnie ja poszedłem. Tak się utarło, że
wieczorem któryś z nas szedł do pani Rysi na chybcika i niedługo wra-cał, potem
szedł drugi i już zostawał na noc.
Parę rybek
– Fünfstücka Hania ma w dupie – rzekł Burek. – Jeszcze tydzień i będzie spała z
Bolczem. Zobaczysz, że Bolczo ją trzaśnie.
– Ich sprawa – powiedziałem nieszczerze.
Dochodziła dziesiąta i mieliśmy złowionych pięć rybek. Były to małe rybki i
trzeba by złowić wszystkie małe rybki z rzeki, żeby mieć z tego prawdziwą
kolację albo obiad. Parę rybek to jednak też było coś. Smażyło się je na oleju,
który kupowaliśmy w sklepiku Błasz-czyka. Były smaczne.
Chwilę potem mieliśmy szóstą, siódmą i ósmą małą rybkę, ponieważ małe rybki
kręciły się tu stadami koło filarów mostu. Teraz leżały poukładane rządkiem na
trawie. Patrzyliśmy na nie omijając wzrokiem własne nogi, chude i białe. Nie w
każdą niedzielę było słońce, w dnie powszednie łowiliśmy wieczorem, więc nawet
nie warto było rozbierać się. Tego dnia przy-szliśmy w kąpielówkach, bo nasz
drewniak stał jakieś trzysta metrów od mostu, przy torach. Mieszkaliśmy w małym
pokoju na piętrze. Wchodziło się drewnianymi zewnętrznymi scho-dami na coś w
rodzaju balkoniku i z tego było wejście do nas.
W lecie było tam przyjemnie. W zimie nie.
Już w listopadzie robiło się bardzo chłodno. Wtedy zaczynaliśmy pracę u Swobody.
Mó-wiło się u Swobody, ponieważ drugi brat pojawiał się tylko sporadycznie,
wiedzieliśmy go zaledwie parę razy. Interesem kierował Bolczo. Płacił nam
trzydzieści złotych tygodniowo. Pracowaliśmy jako Monteurgehilfen od siódmej
rano do piątej po południu. Od dziewiątej była godzina policyjna
Dziewczyna
Dziewczyna pojawiła się przed tygodniem w biurze Autowerkstätte Gebrüder
Swoboda. Była śliczna, świetnie ubrana, długonoga. Miała wypielęgnowane jasne
włosy i prowadziła niemiecką korespondencję z Herreskraftfahrzeugparkiem.
Ułatwiała również Bolczowi Swobodzie porozumiewanie się z Niemcami. Język
macierzysty nie był najmocniejszą stroną ge-bruderów i jeszcze przed rokiem nie
domyślali się, że są narodowości niemieckiej. Uważano ich raczej za Czechów,
zresztą nikogo ich narodowość nie interesowała na tyle, żeby się nad nią
zastanawiać. Panienka nazywała się Hania i mogła być równie dobrze folksdojczką,
jak i nie. Bolczo mówił do niej „Fräulein Hana”. Braki niemieckiego starał się
złagodzić kalecząc nasz język.
– Wygląda na kurwę – powiedział Burek.
– Czort ją wie – powiedziałem. – Ma mnóstwo rzeczy, to fakt. Ale rok temu wielu
ludzi miało mnóstwo rzeczy. Potem zapakowali je we wrześniu do walizek. Może
walizki tej Hani stoją jeszcze pod jej łóżkiem?
–
Może – zgodził się Burek. – Bolczo ostro się koło niej kręci.
–
Fünfstück też – odparłem.
Fünfstück był żołnierzem z HKP, odkomenderowanym do warsztatów Swobody. Miał do-
brą posadę. Wygrzewał się na ławeczce ustawionej przy wejściu do biura,
załatwiał jakieś rachunki, przyjmował naprawione pojazdy. Musiał mieć z tego
dochody. Z Bolczem pozo-stawał w zażyłych stosunkach. Teraz od tygodnia
Fünfstück przesiadywał u panny Hani.
New Contact
Siedzieliśmy oparci o filar mostu. Dołem płynęła rzeka. Tuż przy naszych nogach,
ale o jakiś metr niżej, ponieważ w tym miejscu brzeg urywał się gwałtownie i od
razu było głęboko. W tym miejscu nie było dobrej kąpieli. Dobra kąpiel była
paręset metrów dalej, za hałdą piasku, który piaskarze wydobyli kiedyś, jeszcze
przed wojną, kiedy piasek był ludziom po-trzebny. Teraz nie był potrzebny i nikt
się piaskiem nie interesował. Nie było też piaskarzy.
–
W niedzielę jest najlepiej – powiedział Burek. – Nie ma pośpiechu z rybami. Jest
kupa czasu do godziny policyjnej.
– Naprawdę przyjemnie jest w sobotę – powiedziałem.
–
Owszem – zgodził się. – W zasadzie tak. Jeżeli pogoda jest dobra, to w sobotę
jest jesz-cze lepiej. Pomyślałem, że w sobotę przy każdej pogodzie jest
najlepiej, ale nie powiedziałem tego,
tylko wbiłem wędkę w skarpę i położyłem się na plecach. Burek też wbił wędkę w
skarpę i też się położył. Po niebie przesuwały się wolno białe obłoki. Było
przyjemnie i ciepło. Myślałem, że Burek śpi. Nie spał jednak. Co więcej,
myśleliśmy o tym samym.
– Widziałeś, jakie ma nogi w kostkach? – spytał.
Leżałemz zamkniętymioczami, ponieważsłońcewyszłozza mostu i świe-ci ło mi w
twarz.
In: gry edukacyjne, inne, odpowiadania
przyśpieszenie kroku
Jeżeli Bolczo jeszcze się stara o jej rękę, to pójdą pod drzewa – powiedział
Burek.
–
Ja bym tak zrobił – odparłem.
– Jakby Hania zechciała – powiedział Burek. To odsłoniło nowe możliwości
spekulacyjne. Bolczo mógł chcieć iść w krzaki pod drzewa, ale Hania mogła nie
chcieć.
Trudno było z tych elementów zbudować jakąś trwalszą konstrukcję i sytuacja
nadal była niejasna. Wreszcie Bolczo z Hanią ukazali się u wylotu ścieżki,
weszli za hałdę piachu i zno-wu przestaliśmy ich widzieć.
Ale było ich słychać. Mimo odległości dochodziły niekiedy zupełnie wyraźne
fragmenty rozmowy. Potem znowu wiatr porywał słowa i nic nie było słychać.
Bolczo mówił do Hani: „Fräulein Hana”. A więc ten ruch, którym Hania pozostawiła
rękę Bolcza w powietrzu, to jakby ostentacyjneprzyśpieszenie kroku, nie był
czymś na pokaz, tylko to był normalny od-ruch człowieka, którego Bolczo chciał
dotknąć.
Z tego, co słyszeliśmy, wynikało, że Bolczo namawiał Hanię do kąpieli. Byliśmy
nawet za tym, ale Hania nie chciała się kąpać. Nieoczekiwanie zza hałdy pojawił
się Bolczo w kąpie-lówkach. Przebiegł truchcikiem parę kroków i wszedł do wody.
Zaraz zaczął parskać i chla-pać.
–
Himmel Gott! – wrzeszczał. – Jaka czepła woda! Jest prima, wunderschön
jest!Burek wyciągnął swoją wędkę i położył na trawie. Potem to samo zrobił z
moją.
In: Bez kategorii, odpowiadania
Bolczo
Jestem wasz direktor – powiedział. – Potrzeba mnie mówić dżen dobri. Każdy
Niemiec trzeba sze kłaniać, wy szajskerle! My są Herrenvolk.
Teraz mieliśmy skromną okazję do rewanżu, bo oprócz skrzypienia Bolczowych butów
dochodziły nas odgłosy rozmowy. Ustawiliśmy się frontem do ścieżki, ciekawi, czy
Bolczo idzie z Fräulein Hanią i w nadziei, że go wprawimy w zakłopotanie.
Jakoż po chwili ukazała się Fräulein Hania i tuż za nią Bolczo z pledem na
ramieniu. Szli gęsiego, bo ścieżka była wąska.
– Dzień dobry, panno Haniu, dzień dobry, panie dyrektorze – wyrecytowaliśmy
chórem.
Hania skinęła głową, Bolczo nie. Położył Hani rękę na łopatce, jakby ją chciał
przyśpie-szyć, a ona wtedy zrobiła szybki krok naprzód i ręka Bolcza pozostała w
powietrzu. Zniknęli znowu w krzakach, a my siedliśmy jak poprzednio, ciekawi
dalszego rozwoju wypadków. Ścieżka wychodziła z krzaków o paręset metrów od nas,
koło hałdy piasku, gdzie brzeg był dobry do kąpieli. Mogli tam wyjść i ulokować
się na brzegu i nawet wykąpać się. Chętnie widzielibyśmy Fräulein Hanię w
kostiumie kąpielowym i nie kryliśmy tego przed sobą. Ale mogli w ogóle ze
ścieżki nie wyjść, tylko wbić się gdzieś w krzaki. Było to mało prawdopo-dobne,
bo oboje musieli gdzieś mieszkać i trudno było o powód, żeby się kryli w
krzakach, ale teoretycznie taka ewentualność istniała. Wreszcie mogli pójść
dalej, ku kępie drzew i krzaków poniżej hałdy piasku.
zaparkowany z boku
Nawet nie robiliśmy pani Kaweckiej wyrzutów, chociaż pieniądze były nam
potrzebne.
Ale bywały takie transakcje.
Miesiąc temu skapitulowała Francja i zdumiewająco szybko mieliśmy francuskie
samo-chody i motocykle w warsztacie. Renówki, Cytryny, motocykle Ghnom-Rhone.
Podobne do Beemek, ale jakby gorsze na oko. Swoboda palił francuskie i
angielskie papierosy, Ryszard Krauze przywoził skrzynki francuskich koniaków. Pewnie
Fräulein Hana też się podreperowała kosmetycznie.
Miałem z tego butelkę na kawę, którą pani Rysia gotuje nam do roboty. Stała
pusta na ławeczce przy biurze. Poręczna. I korek świetny. Jakby woskowany,
zakończony ebonitowym kapslem. Myślałem, że polubię tę butelkę i po wojnie będę
ją pokazywał znajomym. Pierwszego dnia jadłem obiad w Chevrolecie 1938.
Najbrzydszy z trzech modeli. Trzydziesty siódmy i trzydziesty dziewiąty były
ładne, w trzydziestym ósmym nie podobała mi się maska. Ale był to wygodny, duży
samochód. I zaparkowany z boku, więc można było spokojnie rozmawiać.
Przekąsiliśmy z Burkiem, potem kiedy wysiadaliśmy z wozu, butelka upadła na
beton i stłukła się. Pierwszego dnia. Jeszcze jej nie zdążyłem polubić, ale było
mi żal, że tak się to ułożyło.
Teraz ten woskowany korek pływał po wodzie na wędce Burka. Jest bardzo dobry,
może go Burek polubi i będzie pokazywał po wojnie? Może tak; może nie. Żeby coś
porządnie polubić, trzeba na to czasu. W zasadzie jest to sprawa cierpliwości.
Coś jak z łowieniem ryb.
– Mamy dziewiątą – powiedział Burek i wyciągnął wędkę.
Kiedy zdejmował z haczyka trzepoczącą się rybkę, gdzieś, daleko za nami odezwało
się skrzypienie. Do mostu szło się ścieżką zarośniętą krzakami i skrzypienie
dochodziło stamtąd.
In: Z książki, odpowiadania
